Wyprawa na koniec świata

as-orlik.pl ponad trzy tygodnie spędził w Patagonii, jednym z najbardziej malowniczych zakątków na granicy Argentyny i Chile. O wrażeniach z podróży po Ziemi Ognistej, przeżytych przygodach i niezapomnianych widokach opowiada Czytelnikom Tygodnika Krąg

O podróżniczo – trekingowych pasjach Pawła Samotyi napisaliśmy po raz pierwszy przed rokiem. Wtedy z grupą przyjaciół przez miesiąc podróżował po Ameryce Środkowej. Odwiedzili Gwatemalę, Honduras, Salwador, Nikaraguę, Kostarykę i Panamę. Rok po tamtej wyprawie ta sama grupa, z tym samym albo jeszcze większym zapałem poleciała na miesięczną wyprawę do Patagonii. Grupa ośmiu śmiałków z Polski o samozwańczej nazwie „Kondory” na podbój Ameryki Południowej wyruszyła z Berlina 7 lutego. Stamtąd polecieli do Rzymu, potem do Madrytu a następnie do Buenos Aires.

- W Buenos uderzyła nas potworna gorączka i długa kolejka do odprawy przed lotem do Calafate w Patagonii, miejsca będącego głównym celem naszej podróży – opowiada P. Samotyja. Podczas całej wyprawy ognistych wrażeń nie brakowało… „Wojna” na piankę do golenia Polacy dotarli do Plaza Dorega w dzielnicy San Telmo. Tam przeżyli pierwsze zdziwienie…

- Dostrzegliśmy tańcząca parę na ulicy, to był ciekawy a zarazem piękny widok. Szczególnie w centrum miasta, gdzie przy aplauzie oddawali się tej sztuce – mówi nowosolski podróżnik. Po chwili, gdy okazało się, że w najlepsze trwa tam karnawał, zaskoczenie już nie było tak duże. Podróżnicy wtopili się w tłum. Skończyło się na… bitwie z tubylcami. Ale była to bitwa przyjazna. Amunicją było coś, co przypomina piankę do golenia.

- My Polacy w walce mamy nieliche doświadczenie, dlatego stworzyliśmy ośmioosobowy kordon wzajemnie się osłaniający i szybko zdobyliśmy przewagę. Uwierzcie, że tak jak tam, dawno się nie ubawiłem. Kobiety, dzieci, mężczyźni – nikt się nie uchylał od walki – śmieje się nowosolanin. Jasno zaznacza, że to wszystko toczyło się w przyjaznej atmosferze.

- To był wieczór niesamowitych wrażeń, karnawał tam jest piękny i koniecznie trzeba go zobaczyć będąc w Argentynie – mówi P. Samotyja. Kolejnym punktem na mapie wyprawy Polaków był Urugwaj, a konkretnie stolica tego kraju, Montevideo. Na zwiedzenie tego miasta podróżnicy z Polski mieli dwa dni.

- Jest zupełnie inne niż Buenos, ludzie jakby mniej mili, oprócz tego czuliśmy się tam mniej bezpiecznie… – mówi nowosolski podróżnik. Grupa wróciła do Buenos Aires. Krótki pobyt w Urugwaju był tylko wstępem do dania głównego tej wyprawy, czyli Patagonii. Z Buenos polecieli do Calatafe. Podróżnicy zaczęli szukać noclegu i tu kolejne zaskoczenie… Szukali hostelu a natrafili na coś, czego chyba nikt z nich się nie spodziewał.

- Spaliśmy w kontenerze po ciężarówce za 50 peso od osoby. Ta noc zostanie mi w pamięci do końca życia – śmieje się P. Samotyja. Następnego dnia grupa wyruszyła do El Chalten („Chaltén” wywodzi się z języka Indian Tehuelcze i znaczy „dymiąca góra” – dop. red.), czyli serca Patagonii. Przed „Kondorami” była siedmiodniowa przygoda wokół Fitz Roy (szczyt o wysokości 3375m na granicy chilijsko – argentyńskiej – dop. red.) i Cerro Torre (szczyt o wysokości 3133m – dop. red). Wyprawa nie mogłaby się odbyć bez przewodników, którzy zaproponowali cenę kosmiczną, bo 4 tys. dolarów za 8 osób. Janek Plalejczyk jako lider i najbardziej doświadczony trekkingowiec przygotował alternatywne rozwiązanie wobec tego, które zaproponowali podróżnicy. Ale o tym za chwilę…

- W tym jakże dynamicznym dniu poznaliśmy polskiego podróżnika Jerzego Majcherczyka, który założył między innymi klub podróżnika, jako pierwszy przepłynął kanion COLCA w Peru. To bardzo sympatyczny gość, zjedliśmy razem kolację, potem wymieniliśmy się koszulkami, jak piłkarze po meczu… – śmieje się P. Samotyja, który Majcherczyka chce zaprosić do Nowej Soli na spotkanie z miłośnikami podroży. Jak termin tego spotkania będzie znany, poinformujemy o tym na łamach TK. Polskie piwo pod Fitz Royem Wróćmy do Patagonii. Na pięciodniowy trek, do którego plan szczegółowy przygotował J. Palejczyk, grupa wzięła najpotrzebniejsze rzeczy – jedzenie, namioty, śpiwory, wodę i ruszyła w drogę. Sceneria przypominała horrory.

- W niskich partiach las naprawdę budzi lęk, spokojnie można by tam było kręcić najlepsze horrory… –  opowiada P. Samotyja. Po trzech godzinach marszu podróżnicy dotarli do granic Parku Narodowego. Tam zaczęły się pierwsze schody… Grupa zgubiła drogę i dotarła do miejsca, w którym żeby przejść trzeba było pokazać prawdziwy charakter.

- Nasze plecaki ważyły średnio od 17 do 21 kg i z tym ciężarem musieliśmy pokonać trudny trawers na pionowej ścianie, pod którą była 15-metrowa przepaść. Udało się, ale z perspektywy czasu uważam, że bez asekuracji to było skrajnie niebezpieczne – opowiada nowosolanin. Na ironię droga, którą obrali i tak okazała się zła i trzeba było pokonać ten trawers jeszcze raz… Na szczęście udało się. Grupa dotarła do prowizorycznego kempingu pod skałami. W tym dniu zaraz po rozłożeniu namiotów zaczął padać deszcz, tak charakterystyczny dla tamtego rejonu świata.

- Zmęczeni szybko zasnęliśmy w namiocie przedtem pijąc piwko, które wtargałem nie bez wysiłku na górę. Ach cóż to był za smak… – uśmiecha się P. Samotyja. Trekkingowcy maszerowali codziennie po kilkanaście godzin.

- Z drugiej na trzecią noc tego trekingu około 2.00 wyszedłem z namiotu i aż oczy przetarłem ze zdumienia. Nigdy wcześniej nie widziałem tak pięknego nieba, na którym były miliardy gwiazd wyraźnie świecących na tle Monte Fitz Roy. To wyglądało fantastycznie, to jeden z powodów, dla których warto tu przyjechać… – zachwyca się P. Samotyja. Grupa była już na wysokości 1400 metrów.

- Następnego dnia po 1,5 godzinie marszu naszym oczom w pełnej krasie ukazał się Fitz Roy oraz Poincenota, z boku dwa duże lodowce, od których raz po raz odrywają się bloki lodowe i wpadają z ogromnym hukiem do wody. To świetny widok i niesamowite wrażenia, a woda wypływająca z lodowca to samo zdrowie, a jaki smak… – opowiada P. Samotyja. Przez następne dwa dni grupa maszerowała ze wschodu na zachód i miała możliwość oglądania Fitz Roya z każdej strony.

- Jak widziałem te pionowe ekspozycje skalne, to aż ściskało mnie w żołądku – rozpływa się nad tymi widokami nowosolanin. Skręcona kostka w Chile Po powrocie z pięciodniowego treku grupa dała sobie dwa dni wolnego. Część postanowiła zarzucić wędki…

- Przewodnik, bez którego nie można jechać na ryby, okazał się fanatykiem wędkarstwa muchowego. My pierwszy raz mieliśmy do czynienia z muchówką. Jak zobaczył nas machających tymi muchówkami jak cepem, to się zirytował (śmiech). Wkurzał się niemiłosiernie i ciągle nas poprawiał, aż to wreszcie zaowocowało w końcu pierwszymi złapanymi pstrągami… – uśmiecha się nowosolanin. Po udanym połowie, następnego dnia nowosolanin z jednym z kompanów zrobili trekking po lodowcu Viedma.

- Przygoda była niesamowita, a wieczorkiem już byliśmy w Rancho Grande, zbiórka i ostatnie ustalenia przed odjazdem z pięknego EL Chalten do Puerto Natales już w Chile. Pięknego Fitz Roya musieliśmy pożegnać. Przyznam się, że było żal… – mówi nowosolanin. Podróżnicy Autobusem przejechali do Puerto Natales, już na stronę chilijską. Weszli do Parku Narodowego Tores Del Paine.

- Za wejście każdy musiał zapłacić 18 tys. peso chilijskich, dodatkowo na każdym kempingu po sześć peso za osobę. To było dla nas drogo, ale nie było innego wyjścia, bo nie można obozować poza wyznaczonymi do tego miejscami – opowiada podróżnik z Nowej Soli. W perspektywie był trzydniowy trekking, a tam cały czas padał deszcz…

- Z częścią grupy zdecydowaliśmy się spróbować wejść na Mirador. W moim przypadku okazało się to niestety błędną decyzją. Skręciłem nogę na szlaku jakieś cztery godziny drogi od naszej bazy wypadowej. Do najbliższego schroniska miałem jakieś 1,5 godziny drogi w dół i musiałem tam zejść o własnych siłach, a ze skręconą nogą to niełatwa sprawa…. – mówi nasz trekkingowiec. W końcu z Jankiem Palejczykiem dotarli do schroniska. Po czterech godzinach i awanturze z przewodnikiem udało się wynająć konia…

- Za wjazd do parku trzeba było słono płacić, a jak człowiek potrzebował pomocy, to nawet apteczki nie mieli w schronisku. Ta sytuacja pozostawiła niesmak w moim odczuciu – opowiada P. Samotyja. Po zwinięciu obozu złapali stopa i półciężarówką wrócili do Natales. Po 23 dniach dla P. Samotyja to był koniec przygody.

- Mimo to uznaję tę wyprawę za bardzo udaną, była zupełnie innego rodzaju niż po Ameryce Środkowej. Dużo się tu działo, a widoki były przepiękne. Cała Patagonia jest wspaniała… – zachwyca się mój rozmówca. Reszta grupy już bez niego pojechała do Ushuaia, najdalej na południe wysuniętego miasteczka w Argentynie na Ziemi Ognistej, a po tygodniu wróciła do Polski.

- Ja wyprawę skończyłem w Punta Arenas, z lotu ptaka widziałem jeszcze Cieśninę Magellana i przez Santiago i Buenos Aires poleciałem do domciu do żonki i dzieci… – mówi P. Samotyja, który już planuje kolejne wyprawy…

Chicken busem odkrywał Amerykę Środkową

Nowosolanin as-orlik.pl wrócił z miesięcznej wyprawy po Ameryce Środkowej. O swoich wrażeniach, życiu tamtejszych ludzi, ich obyczajach opowiada Czytelnikom Tygodnika Krąg. 

DSCN0260mWyprawa po Ameryce Środkowej trwała miesiąc. Ośmioosobowa grupa z Polski, w której znalazł się nowosolanin, od 20 lutego do 21 marca odwiedziła sześć państw. Idea tej eskapady była taka, żeby jak najtańszym kosztem zaliczyć jak najwięcej. – Założyliśmy sobie, że śpimy maksymalnie za 10 dolarów, poruszamy się środkami komunikacji miejskiej, tudzież łapiemy stopa. Gdzie nas oczy poniosą ale oczywiście trzymamy się planu tej wyprawy przygotowanego przez Jana Palejczyka – opowiada o idei samego wyjazdu as-orlik.pl. Palejczyk, nazywany przez sowich młodszych towarzyszy podróż „Tatą” miał największe doświadczenie. To 62 letni z zamilowania alpinista, nauczyciel z zawodu, ktory prowadzi swoją firme pod nazwa Czogori. – Potrafi zjednać sobie ludzi, od 40 lat podróżuje. Był na Grenlandii i zwiedził juz prawie cały Świat– zachwyca się „Tatą” P. Samotyja. To ona wciągnął go na wyprawę, która zmieniła jego podejście do podróży.
- Do tej pory jeździłem regularnie po świecie, ale zawsze była to wyprawa komercyjna. Dobry hotel, wszystko na wypasie. A tu zupełnie coś odwrotnego, coś co trochę wywróciło moje myślenie o tym, że nie trzeba mieć dużo pieniędzy, żeby zwiedzić tak piękne rejony świata – zauważa nowosolanin. On i jego towarzysze podróży szli od północy w dół. Odwiedzili kolejno Gwatemalę, Honduras, Salwador, Nikaraguę, Kostarykę i Panamę.

Jaja i rum

21 lutego wylądowali w stolicy Gwatemali. W grupie pierwszy szok. – Zupełnie czegoś innego się spodziewaliśmy. Stolica zawsze kojarzyła się z dużymi budynkami, ładem, porządkiem. A tu niestety. A tam wszędzie slumsy, totalny bałagan, nieporządek, zero białych turystów – wspomina P. Samotyja. Opuścili lotnisko. Poruszając się w ośmioosobowej grupie czuli się w miarę bezpiecznie, choć tak naprawdę trzeba było na wszystko uważać. – Wszyscy się na nas patrzyli z zaciekawieniem,. Do tego duży ruch, samochody z każdej strony. No i te chodniki, które u nas są w miarę równe, a tam chwila nieuwagi i człowiek wpadał w studzienkę, bo praktycznie nigdzie nie było dekli,wszędzie mnóstwo kabli oraz wystających metalowych prętów – opowiada P. Samotyja porównując je do dziur w serze szwajcarskim.
Ósemkę z Polski zaczepiało bardzo dużo ludzi, ale był problem bo po angielsku tam niewielu rozmawia. Dominującym językiem jest j. hiszpański.
Podróżnicy z Polski w Gwatemali byli najdłużej. Znaleźli sobie hostel. Zgodnie z planem nie droższy niż 10 „baksów”. Udało się trafić za 8. Ale z hotelem w rozumieniu europejczyka, która do tej pory jeździł na wczasy all inclusive to miało niewiele wspólnego. – Wszędzie brud, dobrze że mieliśmy swoje śpiwory, bo ryzykiem było położenie się w tą pościel – zaznacza nowosolski podróżnik. Ściany był pomalowane „olejnicą”, woda do umycia tylko zimna. Żadnego jedzenia. Fatalne warunki.
Ciekawi tego jak wygląda dzień Gwatemalczyka, ruszyli w miasto. Jak opowiada P. Samotyja, tam na każdym rogu stoi mnóstwo straganików i wszędzie ktoś coś gotuje, głównie na ognisku. Albo podpalają szmaty i stawiają na tym czajnik i robią herbatę, którą piją z… mlekiem. – Można się do tego przyzwyczaić – przekonuje mój rozmówca. Nie ma typowych restauracji. Zjeść można na ulicy. – Z początku baliśmy się tego próbować, bo wiadomo, zmiana flory bakteryjnej mogła spowodować zmiany w żołądku. Starałem się z początku delikatnie z tym jedzeniem obchodzić. Generalnie dominują fasola, jajka,tortilla choć zupełnie inna niż w KFC i kurczak. To są te cztery dania, które jedliśmy na okrągło – uśmiecha się P. Samotyja. To można było jeść bez ryzyka. Bez ryzyka, że się człowiek zatruje, i bez ograniczeń można tam tez było pić rum. Ten ognisty napój to jeden z bardziej popularnych napojów w całej Ameryce Środkowej.

Gorąco nie tylko pod wulkanem 

Ale nie samych jedzeniem i piciem człowiek żyje. Rządni wiedzy podróżnicy pojechali tam odkrywać Amerykę. Drugiego dnia w Gwatemali ruszyli do centrum. Na ulicach mnóstwo ludzi, hałas, wszyscy zaczepiają, żeby coś u nich kupić. To było lekkim szokiem. Trafili na targ. I tu kolejne zdziwienie. – Wiadomo u nas wszystko się trzyma w lodówkach, w normalnych warunkach. Tam wszystko wisi na hakach. Pełno jest koło tego much. Smród nie do zniesienia – relacjonuje mój rozmówca, który obrazuje to przywołując giełdę w Lubienie. – Trochę podobnie jak tam., ale Lubin to w porównaniu do Gwatemali Hilton – śmieje się podróżnik z Nowej Soli, który wspólnie ze swoimi kompanami drugiego dnia pobytu w stolicy Gwatemali widzieli zastrzelonego człowieka, który leżał w kałuży krwi. – To nam trochę dało do myślenia, to nas trochę stłamsiło – przyznaje P. Samotyja. Okazało się że były to porachunki gangów. – Było dużo gapiów, ale ludzie do tego podchodzili tak: Okej zginął, my żyjemy dalej. To było szokiem – opowiada nasz rozmówca, który zaznacza, że Gwatemala jest chyba po stolicy Hondurasu najbardziej niebezpieczną stolicą na świecie. Jak wiadomo cały rejon jest mało stabilny politycznie, ale tamten szczególnie.
W Gwatemali, gdzie byli najdłużej, zaliczyli m.in. wulkan Tajumulco, który ma 4220 tys. metrów (więcej czytaj o nim w słowniku – red). O nim P. Samotyja mówi, że to bardzo fajny, ale wymagający pod względem wysokościowym dla organizmu. Na wysokości 3800 nowosolani doznał lekkiej choroby wysokościowej. – Za szybko zacząłem wchodzić, był za krótki czas na aklimatyzację, ale przezwyciężyłem to. Poczekałam na całą grupę, bo wcześniej wyprzedziłem ją o jakieś 40 minut i udało się wejść. Na ostatnich 200 metrów mnie to puściło, ale na samej górze to znowu wróciło – mówi P. Samotyja. Jeden z członków polskiej grupy nie wszedł na górę..
Grupa wchodziła także na inne wulkany, m. in na taki, który jeszcze cztery lata temu był aktywny. Na gorących kamieniach można było jeszcze rozpalić ognisko.
Najtrudniejszym wulkanem jaką zaliczyli Polacy to był Wulkan Concepcion w Nikaragui (czytaj o nim w słowniku – red). – Nie był wysoki, chyba 1680 m, ale podejście było trudne, bo wychodziliśmy ze 140 a więc Ponad 1500 metrów przewyższenia. Ekstremalna wyprawa – ocenia P. Samotyja. Zajęło im to około 12 godzin. Z tego ca mówił im przewodnik, na 100 osób wchodzi tam 20. Podróżnicy szli przez las deszczowy. Wejście zaczęli w krótkich spodenkach, pod wulkanem zameldowali się w czapce i ciepłym polarze, bo strasznie wiało.

Kradzież w kurczaku

Kolejnym kierunkiem grupy z Polski był Salwador, ale wcześniej zawitali do Hondurasu. Okazało się, że w Salwadorze było dużo gorzej niż w Gwatemali. Jeszcze większy nieład. Do tego więcej ludzi, którzy wręcz szarpali, żeby coś od nich kupić. Żadnych turystów.
- Z czego tam żyją ludzie? – pytam P. Samotyję.
- Z roli, z hodowli zwierząt. Zajmują się najprostszą dziedziną – handlem. Handlujących jest tysiące. Na każdym rogu. Centrum wygląda jak jedno wielkie targowisko. Nie ma żadnych sklepów typowych. Do małych sklepików prawie nikt nie zachodzi. Tam wymienia się towar za towar, zero jakiekolwiek przemysłu – odpowiada P. Samotyja.
Podróżnicy z Polski po Ameryce Środkowej poruszali się głównie autobusami sieciówki tzw. chicken bus, oraz Tica bus które jeżdżą od Meksyku aż po Panamę Generalnie na takiej dużej odległości najłatwiej się nim przemieszczać. I właśnie w „kurczaku” pewna sześćdziesięcioletnia pani uśpiła ich czujność. Było to w Nikaragui. Kolega pana Pawła z Krosna Odrzańskiego Marek pseudonim „Wodnik” zasnął. Koło niego siedziała starsza pani, która jak się okazało później, ukradła czterysta dolarów z kieszeni . Jak pan Marek się obudził, kapnął się, że nie ma pieniędzy. Zaczął się szum. – Ta kobieta się kapnęła, że my już wiem. Wzięła manatki i zaczęła się ewakuować. Kurcze, co robimy – zacząłem się zastanawiać – mówi nowosolanin. Tymczasem 60-latka wyskoczyła z busa. Polacy za nią. – Ja skoczyłem przez przednie siedzenia, a inni uczestnicy jazdy mnie zablokowali i nic nie mogłem zrobić – wspomina P. Samotyja. Nie wiadomo skąd pojawiła się policja. Rozkręciła się zadyma. Kacper, jeden z członków polskiej grupy zachował się bardzo odważnie. Rozsunął tłum i doskoczył do tej kobiety. Jakiś pasaże pokazywał, że ona te pieniądze schowała do stanika. Pan Kacper odchylił stanik i a dolary wyleciały. – Ale policjant i tak uderzył Marka w brzuch – mówi pan Paweł. Skończyło się tak, że tę kobietę zabrano.
Ten incydent nie ma jednak wpływu na to, co nowosolanin mówi o charakterze tamtejszej ludności.
Mówi, że są mili, przyjaźnie nastawieni do człowieka. Głównie tubylcy. – Dla nich człowiek biały jest czymś nowym zwłaszcza na małych wioskach odległych od dużych aglomeracji. Na jednej z wysp w Nikaragui jak wracaliśmy z wulkanu, zepsuł nam się samochód. Stanęliśmy naprzeciwko chaty. Gościu robił imieniny. Zaprosił nas. Dał nam napój, nie wiem co to było, nawet nie chcę wiedzieć, ale było niedobre. Ugościł nas. Daliśmy mu małe świecące latareczki na prezent w podzience za gościnę. U nas to nie do pomyślenia – opowiada P. Samotyja. Mieszkańcy Ameryki Środkowej to ludzie bardzo wierzący, co było widać na każdym kroku. Ci, którzy widzieli, że grupa P. Samotyji jest z Polski, niemal wieszali się im na głowach. – Krzyczeli Karol Wojtyła, Papa II, przytulali nas. Papieża tam bardzo hołubią – mówi P. Samotyja. Dodaje, że we wszystkich sześciu krajach, które odwiedzili, zwiedzali kościoły. – Są piękne, widać, że tam chrześcijaństwo jest bardzo głęboko, zakorzenione – mówi nowosolanin.

„Partyzantka” na drogach

Miesięczny pobyt w Ameryce Środkowej był na tyle długi że długie zrobiły się także włosy. Trzeba było skorzystać choćby z usług fryzjera, bo mój rozmówca to osoba, która strzyże się na krótko. I tu zdziwienie. Zakłady fryzjerskie są na zewnątrz, na chodnikach. – Raz się strzygłem, zapłaciłem chyba z 2 zł na polskie pieniądze – uśmiecha się P. Samotyja. Ale inne ceny nie są już takie atrakcyjne. Przeliczając np. ceny jedzenia na nasze pieniądze wbrew pozorom jeżeli zna się dobre miejsca, typu kasyno policyjne, u nas zje się taniej – porównuje nowosolanin.
Podkreśla, że w krajach Ameryki Środkowej panuje „partyzantka” jeżeli chodzi np. o ruch drogowy.
- Tam generalnie jak jest jakaś stłuczka, to się nikogo to nie obchodzi. Ja byłem świadkiem trzech stłuczek i nikt się nie zatrzymał – opowiada podróżnik. Np. w Hondurasie nie trzeba mieć prawka żeby jeździć po ulicach. Nie trzeba też stosować kierunkowskazów, żeby skręcić. Wystarczy… zatrąbić.
- Jak wyglądają drogi?
- W sumie są nie najgorsze – mówi P. Samotyja.
- Lepsze niż u nas? – pytam zaczepnie.
- Może trochę gorsze (śmiech).
P. Samotyja jako najbardziej cywilizowaną stolicę spośród tych, które odwiedził, wskazuje na Panamę. – Warszawa nie wygląda tak ładnie jak Panama City. Nowoczesne miasto, typowe pod Amerykanów – mówi członek polskiej grupy, która w przyszłym roku planuje odwiedzić Patagonię, a jeszcze w tym, Maroko i wejśc na 5300m, a w lipcu Bali, Jawę i Sumatrę. – Wielu młodych ludzi myśli, że trzeba mieć dużą kasę, żeby podróżować. To tylko połowa prawdy, bo ważne są chęci a tak naprawdę w przypadku tej podróży drogi był sam przelot, który kosztował ponad 3 tys. zł. Potem można było przeżyć za 30 dolarów dziennie – mówi P. Samotyja. I dodaje z uśmiechem: – Warto było odkryć tę Amerykę…

Członkowie wyprawy: Kazimerz Barczuk, Kobuz Marek, Kopczynski Kacper, Maciejewski Wieslaw, Nowak Bogdan, Szczepanski Marek, Pawel Samotyja, Jan Palejczyk.

Szkolenie górskie

Zwycięzca aukcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, pan as-orlik.pl z Nowej Soli w dniach 8-9.02.2012 roku uczestniczył w szkoleniu górskim z żołnierzami 1 batalionu Błękitnej Brygady.

Do koszar 22 batalionu piechoty górskiej w Kłodzku, as-orlik.pl dotarł już w dniu 7 lutego, w godzinach wieczornych. Niecodziennego gościa przywitał pułkownik Daniel Butryn, zastępca dowódcy 12 Brygady Zmechanizowanej, której to pododdział od 30 stycznia szkoli się w rejonie Kotliny Kłodzkiej.

Pułkownik Butryn wraz z kapitanem Maciejem Jóźwiakiem, dowódcą kompanii, przedstawili zwycięzcy aukcji program zajęć oraz zapoznali z terenem na którym odbywa się szkolenie górskie. Następnie, wyznaczeni żołnierze zapoznali gościa z podstawowym uzbrojeniem i wyposażeniem będącym na wyposażeniu pododdziału. Kolejnym elementem wtorkowego wieczoru było wydanie umundurowania i dopasowywanie ekwipunku żołnierskiego: hełmu, kamizelki taktycznej. Szef szkolącej się kompanii , chorąży Krzysztof Klimkowicz nie zapomniał również o przygotowanym specjalnie na tę okazję plecaku.

Pierwsza noc spędzona w koszarach i na żołnierskim łóżku minęła dla Pawła bardzo szybko. Rano, zgodnie z terminarzem zajęć, o godzinnie 6 .00 pobudka, szybkie śniadanie, toaleta i przygotowanie do zajęć. Po pobraniu i nałożeniu wymaganego ekwipunku, as-orlik.pl stanął na zbiórce razem z żołnierzami podporucznika Michała Miedzielskiego, gdzie przydzielono mu jakże wymowny kryptonim „ pięć sześćset”( od kwoty, za jaką wylicytował udział w szkoleniu górskim.)Krótki instruktaż i wymarsz na pas taktyczny. Opiekunem nowego żołnierza plutonu, jego „dobrym duchem” został starszy kapral Jakub Gabryś, dowódca drużyny z 2 kompanii piechoty zmotoryzowanej.

„Pluton- Baczność”- padła komenda porucznika Miedzielskiego i rozpoczęło się szkolenie. W związku z tym, że as-orlik.pl lubi sport i każdą dziedzinę związaną z wysiłkiem fizycznym, a jak sam podkreślił w swojej charakterystyce: „Lubię przygody, a uczestnictwo w tym szkoleniu na pewno należy do jednej z nich i żadnej taryfy ulgowej mieć nie muszę”, plan dwudniowego szkolenia został opracowany zgodnie z życzeniem gościa. Na początek, przez cztery godzin szkolenia taktycznego, as-orlik.pl , dzięki pomocy swojego dobrego ducha i pozostałych żołnierzy plutonu, opanował: podstawowe techniki posługiwania się bronią, działanie na patrolu, prowadzenie rozpoznania obiektów i rejonów, udzielanie pierwszej pomocy i sposoby ewakuacji rannego w działaniach bojowych. Poziom adrenaliny i zadowolenia w organizmie naszego gościa wzrastał z każdym wykonywanym przez niego, z olbrzymim zapałem, zadaniem taktycznym.

O ogromnym zaangażowaniu Pawła w szkolenie, niech świadczą słowa które, wypowiedział podczas udzielania pomocy wyjątkowo opornemu i będącemu w szoku rannemu: „ Nie p…..l, to tylko draśnięcie”. Po kilkakrotnym przećwiczeniu wszystkich zaplanowanych zagadnień i krótkiej chwili odpoczynku, przed żołnierzami ,jak i też przed „ pięć sześćset” kolejne zadanie. Dowódca plutonu, porucznik Miedzielski, po przeszkoleniu Pawła z podstaw topografii, orientowania się w terenie i pracy na mapie, postawił zadanie do wykonania marszu . Przed plutonem trasa o długości 20 kilometrów marszu, co prawda w pięknej zimowej scenerii Kotliny Kłodzkiej, ale ciągle pod górę. I ten sprawdzian nasz gość zaliczył śpiewająco.

Po powrocie z zajęć , zdaniu oporządzenia i wyczyszczeniu broni, nieziemsko zmęczony, ale zadowolony as-orlik.pl spędził kolejną noc w żołnierskiej izbie. Na drugi dzień na Pawła czekały kolejne wyzwania. Rano, przy porannej mgle, wyposażony w hełm i gogle , as-orlik.pl zameldował się na zbiórce, do szkolenia z załogami kołowych transporterów opancerzonego Rosomak. Prawie 30 kilometrowa jazda w przedziale bojowym Rosomaka, wywołała rumieńce na twarzy „ pięć sześćset”.„ Rosomaki to rewelacyjna rzecz, czuć moc w silniku, ale dzisiaj jeszcze raz poszedłbym na zajęcia taktyczne z chłopakami” , podsumował przejazd po górskich, zaśnieżonych i krętych drogach as-orlik.pl, czym wywołał ogólny podziw i szacunek wśród wielu żołnierzy.

Kolejnym elementem pobytu zwycięzcy aukcji WOŚP, był udział w szkoleniu narciarskim, w ośrodku szkolenia piechoty górskiej „Jodła” w Zieleńcu. Tam, instruktor z 1 batalionu piechoty zmotoryzowanej, porucznik Marek Sikorski zaprezentował zasady szkolenia narciarskiego i sprawdził umiejętności narciarskie niecodziennego gościa. Po stwierdzeniu, że ma do czynienia z osobą, dla której jazda na nartach nie stwarza żadnego problemu, porucznik Sikorski przedstawił sposoby ewakuacji rannego na stoku górskim w działaniach taktycznych(rannym oczywiście był as-orlik.pl). Na zakończenie wizyty w Zieleńcu, porucznik Sikorski z ogromną przyjemnością pasował Pawła na honorowego narciarza 1 batalionu piechoty zmotoryzowanej.

Czas w wojsku mija bardzo szybko. Drugi dzień pobytu Pawła Samotyji na szkoleniu również dobiegał powoli końca. Na zbiórce żołnierzy, podpułkownik Sławomir Kocanowski, dowódca 1 batalionu piechoty zmotoryzowanej, podziękował Pawłowi, za wsparcie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, za przyjazd i wspólne szkolenie. Na zakończenie wręczył gościowi certyfikat potwierdzający udział w szkoleniu górskim z żołnierzami przygotowującymi się do misji w Afganistanie.

„Jestem pod ogromnym wrażeniem i mam wielki szacunek do Waszego zawodu…” rozpoczął zaskoczony prezentem as-orlik.pl. Następnie,podziękował wszystkim żołnierzom za możliwość zrealizowania swojej przygody i życzył zebranym pomyślności i szczęśliwego powrotu z misji. „ Do zobaczenia w przyszłym roku” powiedział na zakończenie wizyty Paweł i obiecał, że weźmie udział w następnej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy; i że na pewno wygra kolejną licytację wspólnego szkolenia z żołnierzami.

O wystawioną po raz pierwszy, z inicjatywy generała brygady Andrzeja Tuza, na licytację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy ofertę dwudniowego szkolenia w górach dla jednej osoby„ walczyło” aż 14 osób. Na kilka minut przed jej zakończeniem rozgorzała się zacięta walka. Najwyższą cenę, bo 5.600,00 złoty zaoferował właśnie jej zwycięzca as-orlik.pl, któremu serdecznie, w imieniu wszystkich dzieci, dziękuję.